Mama Bartka: Autyzm a leczenie farmakologiczne…

Autyzm a leczenie farmakologiczneNa autyzm nie ma lekarstwa. Niestety. Bardzo nad tym ubolewam, ale cóż zrobić. Idealnie byłoby, gdyby istniała jakaś magiczna pigułka, po zażyciu której wszystkie objawy cudownie znikają. Dałabym za nią każde pieniądze… Ale nie ma tak dobrze.

Jak już niejednokrotnie wspominałam, jedynym lekiem na autyzm jest wielokierunkowa terapia dopasowana indywidualnie do każdego dziecka. To jest absolutna podstawa i bez tego niestety nie ruszymy do przodu, a dziecko zamiast się rozwijać, będzie się coraz bardziej zamykało w swoim świecie. Idealnie byłoby, gdyby to wystarczyło, ale nie zawsze tak jest…

Jakby samego autyzmu było mało, to te dzieci często muszą się borykać z innymi problemami, które dodatkowo utrudniają im funkcjonowanie. Agresja, autoagresja, nadpobudliwość psychoruchowa (tak, to słynne ADHD istnieje 😉 ), zaburzenia metaboliczne, hormonalne, choroby genetyczne itd. Wtedy – czy chcemy czy nie – trzeba włączyć leczenie farmakologiczne. 

***

W naszym przypadku Bartek w pakiecie z autyzmem dostał nadpobudliwość psychoruchową. Leczenie farmakologiczne musieliśmy wdrożyć między 6 a 7 rokiem życia. Nie było to proste zadanie, bo wtedy Bartek nie potrafił połykać tabletek. Na szczęście mieliśmy takie, które można było rozpuścić w wodzie. Przez jakiś czas bardzo dobrze na nie reagował i lepiej funkcjonował. Niestety po jakimś czasie tabletki przestały działać. 

Wtedy postanowiliśmy, że spróbujemy podać taki sam lek, ale o przedłużonym uwalnianiu. Warunek był jeden – Bartek musiał się nauczyć połykać tabletki, bo tego leku już nie dało się rozpuścić w wodzie (kapsułki). Długo myślałam, jak to ugryźć, aż w końcu wymyśliłam! Włożyłam tabletkę do słomki (tej grubszej) i Bartek nieświadomie połknął tabletkę. Za pierwszym razem trochę się zdziwił, ale nie prostestował i kolejne próby również wypadły pomyślnie. Przez jakiś czas praktykowaliśmy sposób ze słomką, aż w końcu nie była ona już potrzebna. Niestety – tabletki o przedłużonym uwalnianiu się u nas nie sprawdziły i po krótkim epizodzie wróciliśmy do tych pierwszych. 

Pod koniec drugiej klasy zaczęliśmy rozważać wprowadzenie kolejnego leku, ale postanowiliśmy z tym poczekać do rozpoczęcia nowego roku szkolnego. I od września Bartek zaczął łykać nowy lek – pieruńsko drogi, ale liczyłam na jakiś super efekt. Niestety na pierwsze efekty trzeba było zaczekać trzy miesiące (organizm musiał się nasycić). Oczywiście po tych trzech miesiącach spektakularnego efektu nie było. Poprawiła się co prawda koncentracja (chociaż tak naprawdę nie wiadomo jaka w tym zasługa leku, a jaka pracy własnej), ale nadruchliwość nie zmniejszyła się ani odrobinę, a nawet powiedziałabym, że było gorzej. Na ostatniej wizycie u naszej pani psychiatry stwierdziliśmy więc, że odstawiamy.

Póki co mija drugi tydzień odstawiania. Jeszcze wszyscy żyjemy 😉 Od poniedziałku wracamy do naszych pierwszych, sprawdzonych tabletek (tylko w większej dawce), bo patrząc na całokształt, były one najlepsze. Gdyby nie wypaliło, mamy jeszcze jeden lek, który można Bartkowi podać. A później? Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że tym później nie będziemy musieli się martwić…

***

Bardzo długo staraliśmy się walczyć, aby nie było potrzeby podawania Bartkowi leków. To nie są leki bezpieczne i mogą mieć całą masę skutków ubocznych. Przyszedł w końcu taki moment, że już nie dawaliśmy rady i trzeba było coś z tym zrobić. Pozostaje mieć nadzieję, że z wiekiem będzie się wyciszać i być może kiedyś będzie w stanie funkcjonować bez nich. Życzę tego sobie i Bartkowi z całego serca 🙂

⇒ Terapia Bartka

⇒ Terapia w domu

⇒ Terapia w terenie