«

»

Lip 10 2017

Wydrukuj to Wpis

Mama Bartka: Jura Krakowsko-Częstochowska z dzieckiem…

Ten wyjazd to był najbardziej szalony pomysł, na jaki wpadła Mama Bartka do tej pory! 8 dni, 6 miejscowości, 3 miejsca noclegowe i żeby tego było mało, to wszędzie poruszaliśmy się PKS-ami i lokalnymi busikami. Przejechaliśmy 217 km i przeszliśmy prawie 80 km!!!  Ale da się? Da się! Udowodniłam (najbardziej chyba sobie 😉 ), że Jurę Krakowsko-Częstochowską można zwiedzić nie mając do dyspozycji samochodu! Ale po kolei…

DZIEŃ PIERWSZY

Wyruszyliśmy 26 czerwca, w poniedziałek. Nasza przygoda rozpoczęła się na Dworcu Autobusowym w Tarnowskich Górach, skąd mieliśmy pojechać PKS-em do Częstochowy. I tu pierwsza niespodzianka – PKS nie przyjechał 🙁 Na szczęście za niedługą chwilę jechał busik, więc się zapakowaliśmy i po około 1,5 godzinie wysiedliśmy w Częstochowie. Zostawiliśmy bagaże w skrytce bagażowej na Dworcu PKP i wyruszyliśmy zwiedzać Częstochowę.

Pierwszym miejscem które odwiedziliśmy była Jasna Góra. W końcu mamy za co dziękować, a jeszcze bardziej mamy o co prosić. Niestety, na nasze nieszczęście w tym samym dniu wizytę zaplanowała sobie również pani Premier, w związku z czym dostęp do kaplicy z Cudownym Obrazem był niemożliwy 🙁 Bardzo żałowaliśmy, bo Bartek bardzo chciał iść do „Domu Królowej”, a tu nic z tego 🙁  Zobaczyliśmy to, gdzie dało się wejść, pospacerowaliśmy po wałach, pomodliliśmy się w kościele i poszliśmy dalej, bo Bartek zaczynał się niecierpliwić, a poza tym zaczął kropić deszcz, a nasze kurtki i parasol były w skrytce bagażowej na dworcu 😉

Na szczęście ten deszcz tylko tak postraszył, więc zaryzykowaliśmy i zamiast wracać po parasol – poszliśmy do kolejnego miejsca na naszej liście. A było to Muzeum Produkcji Zapałek [KLIK], które znajduje się na Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego. Najpierw pierwsza pani przewodnik oprowadziła nas po hali produkcyjnej i opowiedziała, jak wyglądała produkcja zapałek, a potem obejrzeliśmy dwa filmy – jeden z pożaru (to najstarszy zabytek polskiej kinematografii) a drugi przedstawiający proces produkcji. Tutaj również druga pani przewodnik na bieżąco opowiadała, co widać na filmie. Niestety nie mamy z tego miejsca żadnych zdjęć, bo miałam obie ręce zajęte trzymaniem Bartka, który aż rwał się do tych wszystkich maszyn 😉

Ostatnim miejscem które mieliśmy w planie zwiedzić w Częstochowie był Park Miniatur Sakralnych. No cóż – spodziewałam się czegoś innego… Miejsce wydaje się być dość opuszczone. Gdyby nie wycieczka z jakimiś dziećmi czułabym się dość nieswojo… Pomysł świetny, ale jeśli weźmie się pod uwagę stosunek jakości do ceny, to wypada to niestety dość blado… Więcej o Parku Miniatur Sakralnych przeczytacie tutaj [KLIK] .

Późnym popołudniem dowlekliśmy się z powrotem do dworca, wydobyliśmy ze skrytki bagażowej nasze plecaki i pojechaliśmy do Olsztyna. Olsztyński rynek zauroczył nas od pierwszego spojrzenia… Jak tam jest pięknie <3 I ten zamek górujący nad miastem… Zameldowaliśmy się w naszym pokoju i wieczorem poszliśmy się jeszcze rozejrzeć po najbliższej okolicy.

DZIEŃ DRUGI

We wtorek zaraz po śniadaniu poszliśmy zobaczyć „Szopkę Olsztyńską”, która znajdowała się naprzeciwko miejsca naszego noclegu. W starej zabytkowej chałupie, na tle makiety przedstawiającej olsztyński zamek , znajduje się wspaniała ekspozycja, która przedstawia sceny z życia Świętej Rodziny oraz lokalne tradycje. Szopkę tworzy kilkaset postaci ludzi i zwierząt wyrzeźbionych w drewnie lipowym. Ponad połowa z nich jest ruchoma – pracują, tańczą, jedzą. Twórcą „Olsztyńskiej Szopki” jest Jan Wiewiór, lokalny artysta rzeźbiarz. Część wyrzeźbionych przez niego postaci znajduje się również na podwórzu oraz w lochach… Niestety w lochach było dość strasznie, więc Bartek szybko uciekł i niestety nie zobaczyliśmy wszystkich tych „strasznych” rzeczy 😉

Następnie udaliśmy się zwiedzić największą atrakcję Olsztyna, czyli ruiny średniowiecznej warowni. Mimo tego, że z zamku niewiele zostało, w takich miejscach czuć ducha historii. Pochodziliśmy po malowniczych ruinach, wspięliśmy się na wieżę widokową, skąd rozpościerał się piękny widok na okolicę… Widzieliśmy nawet dom, w którym nocowaliśmy! Odpoczęliśmy trochę na zielonej trawce (inicjatywa Bartka) i zeszliśmy na dół, ponieważ z góry Bartek wypatrzył plac zabaw i koniecznie chciał sprawdzić, co się tam znajduje… Więcej o olsztyńskim zamku przeczytacie tutaj [KLIK] 🙂

Trzeba przyznać, że Olsztyn ma świetne oznaczenia swoich atrakcji turystycznych, dzięki czemu trafiliśmy do Miejsca Straceń. Miejsce Straceń to cmentarz wojenny z okresu II wojny światowej. Zaraz przy drodze Olsztyn-Kusięta znajduje się pomnik poświęcony „Bohaterom walk o wolność Ojczyzny, pomordowanym w latach 1939-1945″. Od pomnika idzie się leśną drogą w głąb lasu, gdzie za bramami cmentarza znajduje się 18 zbiorowych mogił, w których spoczywa prawie 2000 zamordowanych Polaków. Przy alejce która była ostatnią drogą skazańców stoi pomnik przedstawiający scenę pożegnania ludzi idących na śmierć. Takie miejsca bardzo ważne i uważam, że należy je pokazywać również dzieciom, by poznały także tą boleśniejszą historię naszego narodu… Na cmentarzu znajdują się także stacje drogi krzyżowej – są to płaskorzeźby autorstwa D. I J. Wiewiór.

Ostatnim miejscem które odwiedziliśmy (aby już tak na maksa zmęczyć Bartka) był zabytkowy modrzewiowy spichlerz z 1783 roku. Został on przeniesiony do Olsztyna z Borowna w 2007 roku i od tego czasu pełni funkcję hotelu i restauracji. My go obejrzeliśmy tylko z zewnątrz, bo z tyłu Spichlerza był… plac zabaw! I to nie byle jaki – bo z parkiem linowym! Więc kolejną godzinę miałam z głowy 🙂 Kiedy już udało mi się podstępem Bartka wyciągnąć poszliśmy jeszcze obejrzeć park z balansującymi rzeźbami znanego w świecie artysty Jerzego Kędziora. Nie wiem, czy to my źle się rozglądaliśmy, czy te rzeźby są tylko dwie, ale więcej nie widzieliśmy 🙁 Miejsce nieźle pomyślane, dużo wiat z ławeczkami, tylko… wszędzie syf zostawiony przez ludzi. Potem idzie sobie człowiek przez taki park i się zastanawia – czy ja jestem w parku, czy na wysypisku śmieci? Smutne to… 🙁

DZIEŃ TRZECI

Rano pożegnaliśmy Olsztyn i pojechaliśmy do Bobolic. To oczywiście nie mogło być takie proste 😉 Pierwszy etap podróży to jazda do Staromieścia. Tam najpierw zrobiliśmy sobie kilometrowy spacer, bo kierowca busa wysadził nas nie tam, gdzie prosiłam. Ale to nic – mieliśmy dużo czasu, więc mogliśmy się przejść. Po dotarciu do przystanku i tak jeszcze godzinę czekaliśmy… Potem przyjechał nasz bus (nawet w miarę punktualnie), którym mieliśmy dojechać prosto do Mirowa. Ale to byłoby zbyt piękne, więc po drodze czekała nas jeszcze jedna przesiadka w Dąbrownie. Potem już bez przeszkód dojechaliśmy do Mirowa, a stamtąd tylko dwa kilometry pieszo i byliśmy na miejscu naszego kolejnego noclegu.

Tam szybciutko przygotowałam obiad, zjedliśmy i poszliśmy zwiedzić zamek Bobolice. Zamek Bobolice jest obecnie kompletnie odbudowanym zamkiem i jako taki wzbudza spore kontrowersje. Nam się podobał 🙂 Zwiedzanie odbywało się z przewodnikiem, który w stroju z epoki oprowadzał nas po zamku i ciekawie opowiadał o jego losach na przestrzeni dziejów. Po skończonym zwiedzaniu poszliśmy do restauracji zamkowej, gdzie napiliśmy się wody i soku. Dodam tylko, że były to najdroższe napoje w naszym życiu… Więcej o bobolickim zamku przeczytacie tutaj [KLIK]

Resztę dnia spędziliśmy na placu zabaw, który znajdował się w miejscu naszego noclegu. Bartek był zachwycony – była piaskownica, huśtawka, zjeżdżalnia i trampolina 🙂 🙂 🙂

DZIEŃ CZWARTY

W czwartek poszliśmy do zamku w Mirowie. Po drodze chcieliśmy uzupełnić zapasy w sklepie, ale ponieważ jedyny sklep był dość kiepsko zaopatrzony podjechaliśmy szybciutko autobusem do Niegowej. Udało nam się obrócić w niecałą godzinę i poszliśmy obejrzeć zamek. Zamek na chwilę obecną jest remontowany i zwiedzać go można jedynie z zewnątrz. Jak dowiedzieliśmy się od przewodnika na zamku w Bobolicach prace zakończą się za jakieś 3-4 lata. Nie będzie on jednak całkowicie odbudowany jak ten w Bobolicach, ale zabezpieczony jako ruina trwała.

Wspięliśmy się więc na wzgórze zamkowe, dokładnie obejrzeliśmy zamek z zewnątrz i wróciliśmy do Bobolic. Ale nie tak zwyczajnie – drogą. Z powrotem wybraliśmy się grzędą mirowsko-bobolicką i był to bardzo dobry wybór 🙂 Ciekawa trasa, w górę i w dół po skałkach a widoki – niesamowite <3 Polecamy każdemu taki spacer 🙂 Po południu Bartek miał chęć wybrać się jeszcze do Mirowa na lody i wracając również wybrał tę trasę 🙂 Więcej o zamku w Mirowie przeczytacie tutaj [KLIK] 🙂

Resztę naszego ostatniego dnia w Bobolicach spędziliśmy oczywiście na podwórkowym placu zabaw 😀

DZIEŃ PIĄTY

W piątek przed południem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw dwukilometrowy spacer do Mirowa a następnie busem do Myszkowa, gdzie mieliśmy przesiadkę do Ogrodzieńca. Z Ogrodzieńca znowu 2 kilometry na nogach i już byliśmy na miejscu naszego kolejnego noclegu. Tyle co zdążyliśmy wejść do domu i zaczął padać deszcz, więc mieliśmy takie szczęście w nieszczęściu 😉 Na szczęście padało jakieś 5 minut i potem wyszło piękne słońce, więc nie zwlekając ruszyliśmy zwiedzić zamek.

Zamek jest przepiękny… Największy i najbardziej reprezentacyjny ze wszystkich zamków jurajskich… Nam najbardziej podobało się to, że można go zwiedzać bez przewodnika, więc można w każdym miejscu spędzić tyle czasu, ile nam się podoba. Razem z biletem dostaje się mapkę, według której należy się poruszać. Bartkowi bardzo spodobały się dyby 😀 Muszę się chyba w takie coś zaopatrzyć 😛 Więcej o Zamku w Ogrodzieńcu już wkrótce na Bartusiowym Blogu 🙂

DZIEŃ SZÓSTY

Od rana pięknie świeciło słońce, więc zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy na zamkowe wzgórze, gdzie czekało na nas mnóstwo atrakcji. Pierwszym miejscem do którego poszliśmy był Park Linowy. Bartek wypatrzył go już wczoraj i od samego rana, jak tylko otworzył oczy mówił o tym, żeby tam iść. Jeszcze na miejscu pytałam go, czy na pewno chce, bo ten park linowy był już taki bardziej profesjonalny, ale Bartek twardo twierdził, że tak. Więc podpisałam zgodę, zapłaciłam i… Bartek powiedział, że jednak nie chce iść. Nie chciał nawet spróbować, bo wiązało się to z ubraniem specjalnej uprzęży i kasku. Po długiej chwili namawiania, żeby chociaż spróbował – odpuściliśmy. Na szczęście pan z obsługi oddał nam pieniądze 🙂

Poszliśmy więc na spacer ścieżką przyrodniczo-dydaktyczną „Przez Skalne Miasto Podzamcza”. Niestety, musieliśmy w którymś momencie zejść ze szlaku, bo ominęliśmy 3 przystanki 🙁 Więcej o „Skalnym Miastu Podzamcza” już wkrótce na Bartusiowym Blogu.

Kolejne miejsce na naszej sobotniej mapie atrakcji to Park Miniatur. Znajduje się tu 17 makiet zamków jurajskich, z czego 7 już zdążyliśmy odwiedzić! Oprócz tego znajdują się tutaj różne maszyny oblężnicze, wieża oblężnicza, wieża strażnicza z mostem zwodzonym oraz ulubione narzędzie tortur Bartka – dyby 😀 Zdecydowanie muszę mieć takie coś w domu 😀 😀 😀 No i jest oczywiście plac zabaw 😉

Następne dwa punkty w których przepadliśmy na dłużej to Park Doświadczeń Fizycznych i Park Rozrywki. Zdecydowanie największym hitem był Park Rozrywki, a konkretnie wielki dmuchany zamek do skakania! Bartkowi nie przeszkadzało nawet to, że co chwilę padało i biegał radośnie po deszczu 🙂 W pewnym momencie musieliśmy się wrócić do pokoju aby Bartek mógł się przebrać, bo jego spodenki można było wykręcać – takie były mokre 😀 Więcej o kompleksie Park-Ogrodzieniec już wkrótce na Bartusiowym Blogu 🙂

DZIEŃ SIÓDMY

Od samego rana było pochmurno i padał deszcz… Już myśleliśmy, że będziemy cały dzień siedzieć w pokoju, ale na szczęście w południe przestało padać, a później nawet wyszło piękne słońce! Zaopatrzeni w kurtki przeciwdeszczowe i parasol wyruszliśmy obejrzeć Gród na Górze Birów. Droga bardzo przyjemna, fajne podejście do samego grodu, ale w środku… kiepsko 🙁 No niestety nie zachwyciło nas to miejsce – szkoda 🙁 Więcej już wkrótce na Bartusiowym Blogu 🙂

Po wizycie w Grodzie Birów udaliśmy się pod zamek. Tam Bartek zobaczył nowe atrakcje typu duża dmuchana zjeżdżalnia i wielkie dmuchane „bańki” na wodzie i nie było zmiłuj – musieliśmy się tam zatrzymać. Niestety atrakcje dość sporo kosztowały, więc podstępem udało mi się go stamtąd wyciągnąć i poszliśmy na zamek, gdzie właśnie zaczynały się pokazy szwoleżerów…

A potem to już tylko ostatni raz pospacerowaliśmy po zamku i trzeba było wracać do pokoju, żeby się pakować – nasza przygoda się kończy i czas wracać do domu 🙂

DZIEŃ ÓSMY

Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę. Najpierw przejechaliśmy z Podzamcza do Zawiercia, a stamtąd po ponad godzinnym oczekiwaniu na przesiadkę – do Siewierza. I niestety tutaj mieliśmy pecha 🙁 Zamek, Izba Tradycji i Kultury Dawnej a nawet Informacja Turystyczna były zamknięte 🙁 Zobaczyliśmy zamek z zwenątrz i wróciliśmy na rynek… Do autobusu do Tarnowskich Gór mieliśmy 2,5 godziny… Zjedliśmy obiad, Bartek dodatkowo lody i… wreszcie się doczekaliśmy 🙂 Po godzinie 16:00 byliśmy w domu 🙂 A zamek w Siewierzu zwiedzimy przy innej okazji 😉

PODSUMOWANIE

Podsumowując – to był niezwykły wyjazd! Męczący, ale bardzo owocny. Udało nam się zrealizować ponad 100% planu, który zakładaliśmy (no bo ta porażka w Siewierzu to przecież nie nasza wina…). Bartek bez oporów współpracował i pokonywał na nogach mnóstwo kilometrów. Na początku miał problem z ogarnięciem tego, że zmienialiśmy miejsce noclegu. No bo jak to? Skoro się pakujemy to jedziemy przecież do domu, a nie w kolejne miejsce! Ale za trzecim razem już było ok 😉

A Wy macie jakieś ulubione miejsca na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej? Może nam podsuniecie jakieś ciekawe miejsca do odwiedzenia w przyszłości? Czekamy na Wasze komentarze 🙂

 

 

Permalink do tego artykułu: http://autyzmbartka.pl/mama-bartka-jura-krakowsko-czestochowska-z-dzieckiem/

15 Komentarzy

1 ping

Skip to comment form

  1. Gabriela

    Przepiękne widoki !Ciekawe atrakcje! Super wycieczka!

  2. Onusia

    Bo jak nie wy to kto? 😉
    Piękna wycieczka, cudowne okolice 😉 co zwiedziliscie to wasze 😉

  3. Aleksandra Bartczak

    Nigdy nie byłam w tym miejscu, ale muszę przyznać, że mam dużą ochotę się tam wybrać. Szczególnie te zdjęcia z posta mnie zachęciły. Wasza wycieczka była na pewno cudowna i obfitowała w wiele wrażeń. Aż żal mi, że teraz siedzę w domu!

    Pozdrawiam serdecznie.

    1. Mama Bartka

      Naprawdę warto 🙂 Było cudownie i pewnie jeszcze kiedyś tam wrócimy 🙂
      Pozdrawiamy 🙂

  4. Sniffonia

    Nigdy nie byłem w przedstawionych przez Ciebie miejscach, co jest w sumie smutne, zważywszy jak piękne są. Czasami takie impulsywne działania są najlepsze i dają najwięcej frajdy! Świetne zdjęcia i jeszcze lepsza relacja! 😉

    1. Mama Bartka

      Dziękuję 🙂 Naprawdę polecam bo okolice są przepiękne 🙂
      Pozdrawiamy 🙂

  5. Sonia

    Super przygoda! Wszystko się, jak się bardzo chce. Widać, że Bartuś też się świetnie bawił 🙂

    1. Mama Bartka

      O tak, Bartek miał możliwość zmęczenia się do granic wytrzymałości, co w jego przypadku bardzo trudno osiągnąć 😉
      Pozdrawiamy 🙂

    2. Mama Bartka

      Nie ma rzeczy niemożliwych 🙂 Całe szczęscie że Bartk tak dobrze znosi moje pomysły 😉

  6. ola

    wspaniały ten Twój chłopiec i wspaniała jego Mama!

    1. Mama Bartka

      Dziękujemy 🙂

  7. Bookendorfina Izabela Pycio

    Wypełniony mocnymi wrażeniami tydzień, wspaniałe zwiedzanie, ile wspomnień się nagromadziło. 🙂
    Bookendorfina

    1. Mama Bartka

      To chyba była nasza najbardziej owocna podróż jak do tej pory 🙂

  8. Rykoszetka, blog o życiu w mieście

    Super, że Wam się taka wyprawa udała! 🙂 Jura jest bardzo ciekawym rejonem w Polsce, ja jeszcze nie odkryłam jej wszystkich sekretów 🙂

    1. Mama Bartka

      Jura jest przepiękna 🙂 Mamy w planach jeszcze co najmniej dwie wyprawy, ale to już nie w tym roku 🙂

  1. Mama Bartka: Park Miniatur Sakralnych w Częstochowie… – Bartusiowy Blog

    […] « Mama Bartka: Jura Krakowsko-Częstochowska z dzieckiem… […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>